Długo zastanawiałam się, co może mnie zmotywować w dążeniu do osiągnięcia zdrowia. To może bardzo głupio zabrzmieć - kto potrzebuje motywacji do walki z chorobą? Kto się poddaje? Kto nie doprowadza leczenia do końca? Ano ja. Wyobraźcie sobie proszę każdy podjęty przeze mnie krok i każdy upadek. Każdą kurację, terapię, lekarstwo i zamiast polepszenia - pogorszenie. Stałe nawroty. Człowiek faszeruje się lekami i wietrzy swój portfel. Zamknięte koło. Od kilku lat tkwię w marazmie, z którego nie potrafię ostatecznie wyjść i nikt nie potrafi mi pomóc. Przez tyle lat zdążyłam się pogodzić z myślą, że prawdopodobnie moje problemy już na zawsze będą częścią mojego życia.
Mam 24 lata i od długiego czasu staram się uporać z cichym zabójcą mojego zdrowia - candidą.
Słowo "grzyb", które większości kojarzy się pewnie z jesienną porą i lasem, mnie przywodzi na myśl tylko i wyłącznie kłopoty. Od kilku lat moje życie zdominowane jest przez strach - bo kiedy już jest lepiej, o każdej porze mogę mieć nawrót. Nie będę się akurat teraz wdawać w szczegóły. Każda moja notka ma być małym krokiem do przodu. Któregoś listopadowego wieczoru, na fali motywacji i po wizycie u lekarza stwierdziłam, że nie mogę tego tak zostawić. Muszę spróbować wszystkich dostępnych metod, muszę spróbować podtrzymać to, co wypracuję dietą i dyscypliną. Każdy dzień będzie walką o zdrowie. I nie przesadzam mówiąc o walce. Piszę to przede wszystkim dla siebie. Muszę widzieć postęp, a jeśli zdarzy się i tak - również regres. Muszę widzieć, gdzie popełniam błąd.
Jeśli to, co piszę, przyda się innym, poszukującym informacji o candidzie w googlach, tak jak ja, moja satysfakcja będzie dużo większa. Czas przerwać milczenie i przestać nazywać kandydozę "chwilową modą", "wymysłem hipochondryków". To realna choroba, bardzo ciężka do wyleczenia i niestety - bagatelizowana przez większość lekarzy. Mam dość ignorancji i zaleczania się. Rozpoczynam więc cykl eksperymentów, badań i nawyków, które pomogą mi wygrać z candidą!